BattleCON: Fate of Indines. Bijatyka na stole. Recenzja

Informacje o grze

​BattleCON: Fate of Indines
Wydawnictwo: Level 99 Games
Wiek: 10 lat
Gracze: 2-4
Czasy gry: 15 minut (wg pudełka, zapomnijcie o tym, raczej 25-30).

Pamiętacie waszą pierwszą grę na PC? Pewnie niewielka część z was (o ile ktokolwiek) zaczął swoją przygodę od bijatyki… a jeszcze mniej od bijatyki 3D tak jak ja. Ominąłem Street Fightera czy Mortal Kombat trafiając na genialne Virtua Fighter. Bijatyki 2D nadrabiałem dopiero później i nie robiły na mnie już tak wielkiego wrażenia, mimo że grało mi się w nie przyjemnie (Samurai Shodown nadal jest moją topową serią gier). Dlaczego o tym pisze?

Na wczesnym etapie mojej znajomości z planszówkami, starałem się zapoznać z wysoko ocenianym tytułami z serwisu BGG. Mój wzrok przykuła okładka gry BattleCON: Devastation of Indines. Wysoka ocena, solidne wykonanie, przeniesienie bijatyk na planszę… wydawało się to ciekawym rozwiązaniem. Ceny niestety odstraszały, na dodatek gra nie była dostępna w jednym sklepie jaki wtedy znałem 🙂

Mijały kolejne miesiące, aż któregoś dnia o „planszowych bijatykach” przypomniała mi „Kostkarnia”. Arek Lewandowski polecał inny tytuł startujący na Kickstarterze, w którym postacie wyglądały jak żywcem wyjęte z King of Fighters czy Dead or Alive. Wtedy przypomniałem sobie o BattleCONie. Po krótkim zapoznaniu się z tematem wyszukałem odpowiednią ofertę i zakupiłem tańszy pakiet Fate of Indines.

Zawartość

Średniej wielkości pudełko skrywa naprawdę obfitą zawartość: mamy instrukcję, guide book do postaci, plansze, 2 diale, całe mnóstwo kart, znaczników oraz solidnych kafli postaci na stojaczkach.

Instrukcja jest dość długa, choć tak naprawdę mamy tutaj przedstawienie zasad w dwóch formach – jako tekst oraz jako komiks. Zdecydowanie lepiej nauczyć się zasad z tekstu, ale forma komiksu bywa przydatna, dzięki zawartych w niej przykładach. Guide book skupia się zaś na taktykach poszczególnych postaci.

Karty są naprawdę dobrej jakości, chociaż (tak, znowu to powiem) mogłyby być minimalnie grubsze. Grafiki na nich wyglądają bardzo dobrze, nawiązują wyraźnie do klasyki gier 2D. Nie mogę również przyczepić się do poszczególnych tokenów czy diali – są one świetnej jakości. Nie podoba mi się za to rozwiązanie w postaci kafelków postaci na stojaczkach – łatwo można je w ten sposób zetrzeć, dlatego z nich nie korzystałem (kładłem kafelki na wyznaczonych miejscach na planszy).

Zasady

Pokrótce przedstawię jak wygląda rozgrywka, pomijając wszelkie „chyba że”. Po wybraniu swoich fighterów i wymianie kart pomocy do postaci, przygotowujemy się do walki. Toczy się ona do momentu zbicia wszystkich punktów życia przeciwnikowi (20 punktów życia na gracza) lub (jak to w bijatykach bywa) do zakończenia czasu, co w naszym przypadku oznacza 15 rund zwanych Beatami. Każdy Beat składa się z 5 faz:

1. Szykowanie ataku z par kart – wybieramy dwie karty o różnych rewersach: niebieską Stylu odpowiednią dla naszej postaci oraz czerwoną Bazową, która jest wspólna dla wszystkich. Kładziemy je zakryte przed sobą.

2. Faza Ante: Ante to unikalne zdolności postaci. Teraz decydujemy czy korzystamy z tego wzmocnienia. Z raz wybranego wzmocnienia nie możemy się wycofać.

3. Odkrywamy nasze karty – osoba, która ma wyższy Priorytet ataku będzie przeprowadzać atak. W przypadku remisu gracze zagrywają swoją zakrytą kartę Bazową z ręki i ponownie rozstrzygamy kto przeprowadzi atak.

4. Przeprowadzamy atak. W tej fazie musimy rozpatrzyć zasięg oraz wszelkie efekty (przed aktywacją, w razie uderzenia, w razie zadania obrażeń itp.). Co do zasady – w razie trafienia z obrażeniami przeciwnik zostanie… ogłuszony (wybaczcie, lepszego słowa na STUN chyba nie znajdę) i jego atak nie zostanie przeprowadzony (dlatego wysoki Priorytet jest tak istotny).

5. Faza recyklingu 🙂 Nasze karty trafiają (ODKRYTE!) na jedno z dwóch miejsc stosu kart odrzuconych. Nie możemy skorzystać z tych kart przez następne dwie tury.

Wrażenia i podsumowanie

Przyswojenie sobie zasad, a zwłaszcza umiejętne wykorzystanie wiedzy, zajęło mi naprawdę sporo czasu. Wszystkie efekty, statusy i przede wszystkim – poruszanie się, wcale nie były łatwe do ogarnięcia w praktyce. Dopiero w okolicach czwartego pojedynku mogłem spokojnie powiedzieć, że wiem o co chodzi. Jednak jeśli w końcu uda nam się wszystko ogarnąć, to zauważymy, że zasady zgrabnie układają się w całość i absolutnie nie ma się do czego przyczepić, jeśli chodzi o mechanikę.

Postaci w Fate of Indines jest 10 (pomyśleć, że taka liczba była kiedyś standardem w bijatykach…), każda z nich jest unikalna, każdą się gra inaczej. Jedna z postaci będzie powolna, ale odporna na Stuna i zadająca spore obrażenia na bliski kontakt, inna będzie szybka, preferująca walkę z dystansu. Nie możemy więc narzekać na różnorodność fighterów. Dla ułatwienia są oni podzielenia na dwa stopnie zaawansowania: Basic i Advanced. W początkowych partiach autorzy polecają granie postaciami Basic. Odpowiednie wykorzystanie ruchów, wzmocnień przy jednoczesnym niwelowaniu swoich wad to podstawa sukcesu. Aby ułatwić nam rozgrywkę gracze na początku wymieniają się swoimi reference cards, na których mamy opisane wszystkie karty Style przeciwnika.

Wszystkie powyższe sprawy do przeanalizowania powodują coś, co strasznie mi przeszkadza – downtime. Przeanalizowanie wszystkich trzech dostępnych ruchów, jakie może zagrać przeciwnik, przemyślenie jaki nasz ruch może skontrować drugą stronę oraz wszystkie modyfikatory przed walką, w trakcie walki i po walce niesamowicie wydłużają czas podjęcia decyzji. Normalnie byłoby to jedynie nieco wkurzające, jednak w przypadku BattleCONa jest to dla mnie sytuacja niedopuszczalna. Dlaczego? To jest bijatyka do diabła! Tutaj kolejne ruchy powinny trwać ułamki sekund, a nie 3-5 minut. To kolejna gra, którą recenzowałem (po Adrenalinie) zupełnie nie radząca sobie z przeniesieniem gier video na stół. Po prostu nie da się tego wykonać w satysfakcjonujący sposób. Właśnie ten downtime i ciągłe, przedłużające się myślenie „co dalej” zabiło jakiekolwiek emocje w tym tytule. Zamiast czuć „ale dostanie”, myślałem „rusz się wreszcie”. To chyba pierwsza gra, przy której wkurzałem się na siebie, że za długo się zastanawiam nad ruchem. Nie tego oczekiwałem.

Jedna walka trwa około 25-40 minut, w zależności jak dobrze nam idzie i w ile osób gramy (możliwy jest tzw. wariant TAG, gdzie dynamicznie zmieniamy swoje postacie, wtedy możemy grać w 4 osoby).

Miłym urozmaiceniem są tryby: wspomniany wyżej TAG dla 4 osób, walki drużynowe (po 3 fighterów na stronę, żywcem wyjęte z King of Fighters) czy tryb turnieju.

Podsumowując: na ocenę BattleCONa najbardziej wpływają moje odczucia z rozgrywki, gdyż szczerze mówiąc – mechanicznie nie mam się do czego przyczepić. W czym tkwi więc problem? Za dużo mamy tu zastanawiania się nad kolejnym ruchem, co właściwie wypiera z tytuł z jakichkolwiek emocji. Nie zrozumcie mnie źle, rozumiem, że w karciankach trzeba się namyślać nad kolejnym swoim ruchem, ale naprawdę wystarczą na to max 2 minuty. Tutaj trwa to zdecydowanie dłużej, na dodatek mnogość czynników powoduje, że twoja decyzja nie jest taka, jaka powinna być w bijatyce – intuicyjna. Jasne, po kilkuset partiach prawdopodobnie byłoby zdecydowanie lepiej, ale szczerze mówiąc BattleCON nie podoba mi się na tyle, by spędzić przy nim całe życie. „To jedyny twój zarzut? Dlatego taka niska ocena?”, niestety, nie mam nic na swoją obronę. Jest to jedna z tych gier, która po prostu mi nie leży. Myślę szybko i działam szybko, co niekoniecznie oznacza dokonanie najlepszego wyboru, ale nie popełniam też kosmicznych błędów. Dlatego męczyłem się okrutnie grając w BattleCONa. Dla takich graczy jak ja – nie polecam, natomiast ludzie lubujący się w takich taktycznych, przydługich pojedynkach prawdopodobnie będą zadowoleni. Należy pamiętać, że Fate of Indines to jedna z mniejszych paczek z postaciami uniwersum BattleCON. Jeśli chcecie rozbudować grę, to wszystkie zestawy poszerzą tytuł zarówno o dodatkowe zasady jak i postacie (z moich wyliczeń wynika, że jest ich około 100).

Moja ocena to 7/10 dobra gra

Czy takie skąpiradło jak ja kupiłoby ten tytuł? (Ceny i-szop)

Znalazłem jedną ofertę (120 zł) w sklepie, w którym Fate of Indines zakupiłem. Cóż mogę powiedzieć – drugi raz bym jej nie kupił, ale gra jest warta swojej ceny patrząc na wykonanie i mechanikę.

Plusy

  • sporo różnorodnych postaci do wyboru
  • bardzo solidne wykonanie
  • spore możliwości taktyczne
  • mechanicznie właściwie bez zarzutu
  • jest możliwa rozbudowa tytułu (ale nie wymagana)
  • trzy tryby rozgrywki

Minusy

  • ryzyko bolesnego downtime’u jest bardzo duże
  • rozgrywka jest wyprana z emocji
  • zupełnie nie czuć, że gramy w bijatykę

Egzemplarz własny

RSS
Follow by Email
Facebook
Facebook
Google+
http://planszotaur.pl/battlecon-fate-of-indines-bijatyka-stole-recenzja/
Twitter